poniedziałek, 19 września 2016

Moje przygody z fryzjerami.

Dzisiejszy wątek, mimo, że od paru miesięcy wychodzę z satysfakcją od jednego fryzjera, aż we mnie kipi!  A dlaczego? Ile ja tych fryzjerów odwiedziłam – otóż dlatego!  Z ręką na sercu, byłam chyba w większości renomowanych poznańskich salonów, niestety z różnym skutkiem. Przerabiałam już fatalne ścięcia, włosy o kolorze glona, syndrom ‘nie da się od razu’ i brat tego syndromu o równie wdzięcznej nazwie ‘to efekt zdjęcia’. Myślę, że kojarzycie te nazwy aż za dobrze.
Dlaczego o tym piszę? Wciąż jestem świadkiem okropnych fryzjerskich kuch, traum jaka rodzi się w moich koleżankach po wizytach w salonach. Nieustannie któraś, żeby wyjść na drugi dzień od wizyty z domu, musi nałożyć sobie farbę. Niejednokrotnie są to wizyty za kilkaset złotych. To naprawdę boli, doskonale zdaję sobie sprawę co czują. Na przykładzie siebie i swoich bliskich wiem jak trudno jest znaleźć dobrego fryzjera a to dopiero połowa sukcesu. Drugie tyle to zatrzymać pozytywne wrażenie! Bo co z tego, że fryzjer za pierwszym czy drugim razem cudownie się nami zajmie, jeśli za piątym już nie będzie potrafił utrzymać udanego efektu. 
Tak było przy okazji mojego ostatniego ombre. Po pierwszych wizytach wychodziłam z połączeniem pięknych chłodnych odcieni blondu. Bajka. Zdjęcia na FB salonu zbierają dziesiątki lajków, ja sama nie mogę uwierzyć, że to moje włosy. Do czasu. Włosy nieco odrastają, ciemna linia ombre spada nisko, trzeba ją przesunąć ku górze i co? Jajco! Dosłownie! Fryzjer, którego uznawałam za naprawdę dobrego fachowca nakłada na moje włosy rozjaśniacz, tandetnymi pasmami i tylko po koronie! W rezultacie wychodzę z salonu z mixem chłodnych i ciepłych odcieni, nie czując się zupełnie! Mało tego – wstydzę się tych odczuć więc nie mówię na miejscu, że mi się nie podoba! Postanawiam jednak napisać to później właścicielowi, prosząc o poprawkę i oczywiście grzecznie opisując całe zdarzenie. Okazuje się, że salon to fabryka i nie mogą wcisnąć mnie już tak łatwo na taśmę. Na poprawkę czekam dwa lub trzy tygodnie. Czekam jak na zbawienie, urywam się z pracy po telefonie i co? Jajco vol. 2. Na miejscu replay z wizyty nr 1, na głowie lądują kolejne pasemka pojaśniające, sama upominam się o dołożenie choć kilku na tył głowy (jak będę związywać włosy). Dalej jest ciepło, tandetnie a włosy nawet w połowie nie wyglądają jak po pierwszych wizytach. Mało tego – grzecznościowo pytam czy coś płacę i słyszę, że za pracę nie ale materiał owszem - 30 zł. Wychodzę z salonu wiedząc, że już nigdy tam nie wrócę. Czuję się zażenowana, zdołowana i z tęsknotą patrzę na włosy sprzed kilku miesięcy. Wcale nie opłaciła mi się wierność jednemu fryzjerowi. W głowie powstaje trauma, budzi się jednak we mnie buńczuczna ja i ponownie piszę do właściciela, tym razem o zwrot jakichkolwiek kosztów. Dokumentuje wiadomość zdjęciami, piszę jak fatalnie się czuje, w wiadomości przeważa bardziej smutek i rozczarowanie niż złość i chamstwo. Pada propozycja zwrotu tych nędznych, dopłaconych przeze mnie 30 zł. Nie mam już siły na dialog, numeru konta nie podaję.


To jedna z wielu fryzjerskich przygód, choć chyba najbardziej traumatyczna. Nie zawsze koniec był tak drastyczny. Jeden kasował mnie ok 300 zł za naprawdę nieciekawy, brudny blond owiewając go aurą gustowności. Inny zafundował glona i mimo, że poczuwał się do tego by tego glona poprawiać to był w swym fachu tak niestały, że wyczerpał pokłady mojego zaufania do zera. Mogłabym opisywać wiele takich przypadków, ba – mogliby mi za to płacić to byłabym bogata. Nie chodzi mi o to, żeby celowo oczerniać salon a i wychwalać salon b (to nie jest wpis sponsorowany!), ale jakaś część mnie buntuje się i mówi nie opisywanym przeze mnie praktykom. Uważam się za całkowicie normalną osobę, bardzo przyjazną i otwarcie rozmawiającą o oczekiwaniach. Wiem ile w efekcie z fotki prawdy a ile filtra. Mam pogląd co w dzisiejszych czasach da się uzyskać od razu a czego nie. Nie oczekuję zbyt wiele. Najbardziej zależy mi by fryzjerowi się chciało. Musi się chcieć! A jak nie umie, niech powie, że nie umie. A jak zepsuje, niech poprawi. A jak nie umie poprawić, niech odda pieniądze. Żyjemy w czasach, gdzie za usługi fryzjerskie zostawiamy w salonie naprawdę słoną kwotę. Nierzadko analizuję – czy farba czy cięcie, bo jeśli obie te rzeczy to robi się koszt skórzanych kozaków J. Skoro więc zostawiamy te kilkaset złotych (bo naprawdę w niewielu miejscach da się za mniej), musimy czuć się fantastycznie, wyjątkowo a fryzjerowi musi się chcieć. Kocham moją obecną fryzjerkę ale ogólnie fryzjerów nie trawię za:

- zwalanie na efekt zdjęcia/filtra = nie da się
- ulubiona wymówka nie da się od razu
- nie słuchanie klientki
- obcinanie zbyt dużej ilości włosów, bo trzeba było
- brak uczciwości w stosunku do klientki i siebie także = wypuszczanie z salonu z efektem diametralnie różnym od tego ustalanego 
- stres przy płaceniu


Jakie są Wasze doświadczenia? Macie ukochanego fryzjera czy samodzielnie zajmujecie się włosami? Dajcie znać, bo naprawdę często zastanawiam się czy ja i bliskie memu sercu kobiety miałyśmy takiego pecha? Jak to wygląda w innych miastach (mieszkam w Poznaniu)? Renomowany fryzjer a może niepozorna brama w bocznej uliczce i przysłowiowa Grażyna? 


fotografie via Pinterest.
Czytaj dalej »

sobota, 17 września 2016

Mincer Pharma linia Vita C Infusion

Jednym z plusów mojej przerwy w blogowaniu jest fakt, iż wyleczyłam się z używania zbyt dużej ilości kosmetyków i zbyt częstego ich zmieniania. Zauważyłam, że my - kobiety uwielbiamy zmiany, nieraz niestety całkowicie niepotrzebne. Dobrze działa na nas jakiś krem? Świetnie, ale dlaczego nie inny? Maskara wydłuża nam rzęsy do nieba? Doskonale, ale może inna wydłuży jeszcze bardziej? W rezultacie zbaczamy z dobrej ścieżki i całkowicie błądzimy. Ba! Zdarza się i tak, że nie wracamy do ulubionego kosmetyku a dalej próbujemy. I te próby nie mają końca. Coś o tym wiem. Pamiętam doskonale jak moje imienniczka blogerka zapytała - Agata, a może za dużo? Dokładnie! Za dużo i za często! Jakiś czas temu powiedziałam więc basta! Używam niezbędnego minimum i moja skóra czuje się zdecydowanie lepiej. Paradoksalnie, im mniejszą ilością specyfików ją traktuje, tym mam z nią mniej problemu. Starannie dobieram teraz produkty pielęgnacyjne a z twarzy nie robię królika doświadczalnego. Dziś opowiem Wam o produktach, które przyszły do mnie całkowicie niespodziewanie i zostały ze mną do dziś. Mincer Pharma - marka nie mówiła mi absolutnie nic. Szata graficzna i opakowania były bardzo w moim guście ale nic więcej nie mogłam o tych kosmetykach powiedzieć. Ponieważ był to czas, kiedy dobiłam denka w ulubionym serum i wykańczałam kilka innych kosmetyków postanowiłam dać szansę linii Vita C Infusion. Tak od A do Z. 



WOW! Długo nie czekałam by stwierdzić, że seria ta bardzo dobrze na mnie działa. Na instagramie nastąpił swoistego rodzaju boom, szczególnie na serum Vita C. Otrzymałam tam wiele zapytań jak działa. Działa fantastycznie! Absolutnie uwielbiam to serum. Wiele posiadaczek cery tłustej obawia się zapychania, u mnie nie ma o tym mowy. Zanim dokupiłam kremy z serii Vita C stosowałam na noc jedynie serum. Teoretycznie niewiele ale rano bardzo podobał mi się obrazek, który widziałam w lustrze. Dużo mniej plam na buzi, skóra napięta i promienna, bez niespodzianek. W porannej pielęgnacji na wyróżnienie zasługuje rozświetlający krem pod oczy. Stosowałam wiele kremów, które miały za zadanie rozświetlać a tu figa z makiem. Ten rozświetla, tak namacalnie! Widzę to! Od stosunkowo niedawna używam intensywnie nawilżającego kremu na dzień (po świetnych odczuciach w stosunku do innych produktów marki dokupiłam i ten kosmetyk) i bardzo go lubię. Ma bardzo przyjemny, orzeźwiający zapach, daje uczucie komfortu i bardzo szybko się wchłania. Póki co jestem bardzo na tak. Najrzadziej używam i być może doceniam nawilżającą mikrodermabrazję. Boję się nieco wszelakich mikrodrobinek i używam takich kosmetyków raz na tydzień albo nawet dwa. To nie znaczy, że produkt ten jest kiepski, nie jestem jednak w stanie docenić go tak jak pozostałe kosmetyki. 





Uważam, że cała seria i marka zasługują na duże wyróżnienie i uwagę. Nie wspomniałam o bardzo dobrych składach kosmetyków Mincer! Ceny nie są może bardzo niskie, ale według mnie to kosmetyki z całkowicie innej kategorii jak 'drogeryjne', prezentują sobą znacznie więcej!



Miałyście okazję używać? Jeśli tak, którą serię? Co jeszcze zasługuje na wyróżnienie?
Czytaj dalej »

piątek, 16 września 2016

I'm back!

Kilka dni temu minęło 7 (słownie siedem!) miesięcy odkąd napisałam ostatniego posta. W związku z tym raczej nikt nie spodziewa się mojego powrotu właśnie dziś, takiego tam 16.09.2016 roku o godzinie 23:25. Ba! Sama się tego po sobie nie spodziewałam. Czuję się trochę jak dinozaur, ale najwyraźniej chińskie wino śliwkowe, które spożyłam przy okazji uczczenia kilku ładnych lat z Lubym zrobiło swoje i oto jestem! Bardzo długo czekałam na moment, w którym aż się będzie ze mnie wylewać i jest. W ten niepozorny piątek poczułam potrzebę uzupełnienia mojej codzienności w kreatywne działania, w słowa, zdjęcia, dialog, w dużym skrócie - w blog. 
Przerwa nastąpiła dosyć nagle. Wypalenie sięgnęło zenitu. Optymistycznie weszłam w blogowanie gdy Kazik był malutki, gdy zaczął jednak dorastać, jako podwójna mama, przestałam radzić sobie z organizacją czasu. Nie był on moim sprzymierzeńcem i całkowicie pozbawił chwil dla siebie a tym samym blogowanie. Czułam, że jeśli dam radę cokolwiek napisać, treść owiana będzie pośpiechem, to nie będę ja i coś z czego mogłabym być choć w połowie zadowolona. Zrezygnowałam, jednocześnie czując ulgę i stratę. 
Dziś wracam bez muszę, bez pośpiechu, bez planów i obietnic. Nie będzie środowych makijaży, piątkowych nowości i weekendowych fascynacji. Nie wiem co będzie. Będę miała ochotę to napiszę czego nienawidzę u fryzjerów, podzielę się pewnie zdjęciami z urodzin Julii, dam znać co oglądam, co mi się marzy. Będę sobą. Nawet kosztem tego, że zostanie Was tu garstka garsteczka, jednak najcenniejsza z cennych. Co u Was? My przeprowadziliśmy się, Julia poszła do drugiej klasy, Kazik to wilk w owczej skórze, ale mamy się całkiem dobrze. Nieustannie jestem urodową sroczką, pewne rzeczy się nie zmieniają...:)



Czytaj dalej »

czwartek, 11 lutego 2016

Pink Valentine's Day.

Nie wiem czy jest tu choć jeden przedstawiciel płci męskiej, dlatego nie będę udawała, że posta tego kieruje do mężczyzn. Totalnie na przekór kieruje go do Was. Dziś moje propozycje jak rozpieścić, docenić i kochać własne ja. W bardzo różowej panierce.


Czytaj dalej »