poniedziałek, 30 czerwca 2014

Chorobowo-wyprawkowo.

Blog już nabierał rumieńca jeśli chodzi o systematyczność, już czułam, że wychodzę na prostą, wiatr w żaglach, gaz w kołach, głowa pełna pomysłów, dłonie pełne energii do pisania...i przyplątała się choroba. Pstryk i wyprała mnie ze wszystkiego do reszty. Zaczął się kolejny tydzień w domu i mam wrażenie, że im więcej leże tym bardziej jestem zmęczona. Mama wpadła dzisiaj ugotować żurek, to musi coś znaczyć. Zjem zaraz całą miskę, poprawię malinami i zacznę myśleć o wyprawce! Tak jest, na liczniku 15 tydzień i pozwalam sobie zacząć planować. Problem w tym, że wypadłam z obiegu. Julia to prawie 5 latka (słownie - pięć!)! Nie wiem od czego zacząć, na co postawić. Zapomniałam nazw wielu sympatycznych marek, rynek poza tym mam wrażenie spuchł dziesięciokrotnie! Jedyne co zakorzeniło się w głowie to wózek, Tak jest, zrobiłam kilka wywiadów, poczytałam, pooglądałam i jest typ. Dobre i to. Jeśli chodzi o resztę drogie mamy i bardziej zaawansowane ciężarne - pomocy. Rzućcie kilka haseł, podeślijcie nieco adresów, złote rady zawsze w cenie! Nie bądźcie samoluby i napiszcie jak wygląda planowanie u Was!


Czytaj dalej »

wtorek, 24 czerwca 2014

Zostań kobietą Provoke - moja interpretacja.

Do tego typu przygód zgłaszam się zazwyczaj z wielkim entuzjazmem. Tak było i w tym przypadku. Potem bywa różnie. Kiedy sprawdziłam, że termin publikacji mija 25.06.2014 a ja oprócz wizji w głowie nie mam nic, zrobiło się niewesoło. Szczerze przyznam, że zamierzałam skorzystać z fachowych rad siostry, która dużo bardziej zna się na makijażu. Plany popsuło nam choróbsko. Szlafrok, rosół i łóżko to moja obecna rzeczywistość. Nie wiem więc jak to się stało, ale z tematem postanowiłam poradzić sobie sama. Odważna jak mało kiedy, pełna energii jak nie w chorobie wzięłam się do próby przełożenia wizji na własną twarz. Co wyszło, możecie sprawdzić poniżej. 
Dla tych co nie wiedzą dokładnie na czym polegał konkurs - spieszę z wyjaśnieniem. Należało wykonać makijażu zestawem kosmetyków marki Dr Irena Eris. Do wyboru były dwa, osobiście z decydowałam się na Caribbean Sea Spirit. W jego skład wchodziły dwa cienie, baza pod nie, modelator do twarzy, kredka do brwi i tusz do rzęs.


Zadanie z pozoru łatwe, ciężko jest jest wyróżnić się spośród tak wielu prac. Paleta cieni była niewielka więc na blogach pojawiały się bardzo podobne makijaże. Wszystkie uczestniczki oczywiście podziwiam za odwagę i gratuluję Im wykonanych makijaży. 
Sama zdecydowałam się na niecodzienne szaleństwo. Najmocniejszym akcentem jest jak widać oko. Cienie specjalnie zostały pozostawione same sobie i niedokładnie zblendowane (o taki efekt mi chodziło). Miało być nieco geometrycznie, raczej niedbale, tajemniczo. Zależało mi by wyszło nieco karaibsko, jak wskazuje nazwa zestawu. Szkoda, że sesji nie przyszło mi robić na pięknej bezludnej plaży przy wilgotnych, kręconych włosach, ale jak się nie ma co się lubi...
Twarz pokryta jest w sposób naturalny podkładem (próbką Dr ireny Eris również z serii Provoke), wykonturowana moderatorem twarzy. Jako rozświetlacza w górnych częściach kości policzkowych oraz do ust użyłam najjaśniejszego paska również z modelatora. Jak się więc okazuje - modelator jest kosmetykiem niezwykle uniwersalnym - posłużył mi do wykonturowania, do oczu oraz jako rozświetlacz. Usta miały zostać bardzo jasne i być tłem. 







Gdybyście miały jakieś pytania, piszcie śmiało! Ja tymczasem udaję się na drzemkę, licząc, że moja praca będzie choć trochę miła dla Waszych oczu.


Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Dior Addict It-Lash w wibrujących kolorach

To idealna maskara dla wszystkich, którzy pragną osiągnąć każdy efekt naraz, i to od razu. Niezwykle magiczny i uzależniający produkt, jak przystało na Addict. Już za jednym pociągnięciem kreujemy niezwykle modowy look, który przyciąga, kusi i uwodzi.








Dior Addict It-Lash ubiera rzęsy w niepowtarzalne odcienie przepełnione pigmentami:

- It-Black - zapierająca dech w piersiach głęboka czerń

- It-Blue - nasycony błękit dla elektryzującego spojrzenia

- It-Pink - popowy różowy odcień, na tu i teraz

- It-Purple - intrygujący, głęboki fiolet, wyrafinowane oko



Lubicie zabawę kolorami na rzęsach? Gdy w moje ręce trafiły It-Pink i It-Blue szczerze przyznam, że byłam sceptyczna, ale gdy z ciekawości pomalowałam każde oko na inny kolor nie wiedziałam, który podoba mi się bardziej. It-Pink bardzo trudno uchwycić na zdjęciach - jest soczyście różowy a wychodzi jak czerwony. It-Blue jest dużo bardziej bezpieczny, nie brakuje mu jednak polotu.  Kolory sprawiają, że oko wygląda wyraźnie ale mimo wszystko subtelnie, tajemniczo. Coś na kształt rajskiego ptaka, to niezwykle zmysłowy efekt. Oba kolory bardzo dobrze współpracują z rzęsami, nie sklejając ich. Sprawiły, że mam także ochotę na ich czarną, klasyczną wersję. Uważam, że Dior Addict It-Lash to świetne urozmaicenie codziennego makijażu, tym bardziej latem, kiedy kolor jest tak bardzo pożądany. Te z nas, które nie czują się dobrze z mocnym kolorem na ustach mają inne obszary do działania i popisu. 








Czytaj dalej »

piątek, 20 czerwca 2014

Korres krem Wild Rose do cery mieszanej i tłustej.

Z Grecji oprócz pamiątek w postaci zdjęć, drobnych gadżetów, oliwy i spożywczych rarytasów przywiozłam także kosmetyki. Biorąc pod uwagę tematykę bloga, żadna to nowość. Bardzo lubię produkty regionalne, dlatego bardziej niż w strefach bezcłowych, polowałam w lokalnych drogeriach i aptekach. Najbardziej zależało mi na produktach Mythosa, jednak ich wybór nie okazał się zbyt imponujący, co mnie bardzo zdziwiło. Nie chciałam kupować kosmetyków pod szyldami, które zupełnie nic mi nie mówią, dlatego padło na markę Korres, o której mam już wyrobione zdanie. Jak się okazało po przyjeździe, wybrałam produkt bestseller z osławionej serii Wild Rose. Rzadko kiedy można trafić na kosmetyk dedykowany skórze tłustej, który będzie równocześnie nawilżał i rozświetlał. Ciekawość wygrała i to właśnie Korres krem Wild Rose do cery mieszanej i tłustej trafił do koszyka. 


Kosmetyki serii Wild Rose zawierają olejek z dzikiej róży, który jest bardzo dobrym źródłem witaminy C. Kwas askorbinowy ma działanie naprawcze, wygładza drobne zmarszczki oraz rozjaśnia przebarwienia. Owoce dzikiej róży zawierają również kwas linolowy, który sprzyja regeneracji naskórka, utrzymaniu nawilżenia oraz tworzy warstwę ochronną. 
Bohater dzisiejszego wpisu to zdobywca m.in. nagrody Green Bible Beauty Award w Wielkiej Brytanii był pierwszym kosmetykiem oferowanym przez firmę Korres. Dzięki związkom wiążącym wodę zapewnia optymalne nawilżenie skóry. 96,8 % składników jest pochodzenia naturalnego.



Krem kupiłam w momencie, kiedy moja buzia bardzo potrzebowała nawilżenia. Nie mogę jednak zapominać o tym, że mam skórę tłustą a więc muszę uważać by jej nie zapchać. Krem Wild Rose wydawał się być idealny i taki się też okazał. Śmiem twierdzić, że to dzięki niemu zachowałam zdrową opaleniznę, nie gubiąc skóry z nosa. Nie spowodował zatkania porów. Cudownie pachnie, przynosi ulgę skórze potrzebującej nawilżenia, szybko się wchłania i powoduje, że mogę wychodzić z domu bez makijażu. Jestem bardzo ciekawa całej serii Wild Rose i zamierzam na nią przy okazji zapolować.


Mogę Wam już teraz zdradzić, że po napadzie jednej z greckich aptek wyszłyśmy z wieloma produktami z...kolorówki. Tak jest - Korres w Grecji ma przepiękne szafy z produktami do makijażu! Jak się spisują - dam znać niedługo.

Znacie markę Korres? Macie swoje ulubione produkty?

Czytaj dalej »

Sesja poślubna - Lefkada 2014.

Zgodnie z obietnicą wrzucam dzisiaj kilka fotek z sesji poślubnej jaką miałam przyjemność robić siostrze i jej małżonkowi. Nie mogliśmy mieć lepszych okoliczności jak piękna, grecka wyspa, więc razem z bagażami, w walizkach znalazł się garnitur i suknia (nie pytajcie proszę jak siostra to zmieściła :)). Proszę o wyrozumiałość, tego dnia było pewnie jakieś 30 stopni w cieniu a ja z już całkiem pokaźnym brzuchem, w stroju, latałam za tą dwójką po całym Nidri. Jeśli macie natomiast ochotę pochwalić poniższe obrazy - od razu wyjaśniam, że są one w większości zasługą pięknego tła i pięknych młodych. 



















Czytaj dalej »

czwartek, 19 czerwca 2014

Eisenberg Sublime Tan Face & Body Oil

Latem, oprócz filtrów, w kosmetyczce lubię mieć także produkty podkreślające opaleniznę i dbające o zarumienioną skórę twarzy i ciała, dlatego w walizce lecącej ze mną na jedną z greckich wysp znalazł się niezwykły olejek marki Eisenberg. W planach mieliśmy wieczorne kolacje a także sesję poślubną siostry, olejek wydawał się być więc doskonałym produktem na nasze wakacje. Sprawdził się w swojej roli znakomicie.
 



Face & Body Oil (239 zł / 100 ml) wykorzystuje technologię gwarantującą wszechstronne właściwości produktu. Ta pielęgnacja słoneczna stworzona została na bazie Oleju z Lnianki, który nazywany jest „złotem przyjemności” i zawiera dużą ilość wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. Ich połączenie sprawia, że olejek doskonale odpowiada wymogom skóry suchej. Ma właściwości przeciwstarzeniowe, antyoksydacyjne, nawilżające i ochronne. Formuła Trio-Moléculaire® będąca sercem każdego produktu Eisebnerg, wzmacnia skuteczność działania każdego składnika, zapewniając intensywną opaleniznę i wspaniałą cerę.

Olejek ma konsystencję lekkiej emulsji.Ze względu na obecność pompki, bardzo wygodnie się go nakłada. Olejek świetnie się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania, nie pozostawiając uczucia lepkości i oleistości. Mogłabym przyrównać go do suchego olejku. Skóra po aplikacji jest bardzo miękka i gładka w dotyku. Kosmetyk niesamowicie ją wygładza, nawilża i odżywia. Największym jednak atutem olejku Eisenberg jest rozświetlenie. Nie mam na myśli często tandetnych złotawych drobinek a efekt pięknej opalizującej tafli.

Olejek bardzo naturalnie przyciemnia skórę, zostawiając ją z lekko złotawą poświatą. Efekt jest niesamowicie uwodzicielski i zmysłowy. Po tym jak się zacznie korzystać z Sublime Tan Face & Body Oil, ciężko przestać. Na początku stosowałam go na specjalne okazje, z czasem używałam także w zwykłe dni. Muszę wspomnieć o tym, że olejek ma jedynie filtr SPF 6, nie jest to więc kosmetyk do ekspozycji na duże słońce. Przy okazji opalania należy stosować go z innymi produktami, o wyższej ochronie przeciwsłonecznej. 



Podsumowując wpis muszę dodać o przepięknym zapachu jaki unosi się po wtarciu olejku w skórę. To połączenie jaśminu i...wakacji. Myślę, że do ich końca dobiję dna...i zacznę płakać - za nim i tym pięknym, beztroskim, słonecznym czasem z którym mi się kojarzy.


Macie swoje ulubione produkty do podkreślania wakacyjnej opalenizny?


Czytaj dalej »

środa, 18 czerwca 2014

Clochee - Wygładzający olejek do demakijażu.

Nie lubię demakijażu. Nie wiem czy istnieje na świecie osoba, która lubi tę czynność. Od dawna staram się wybierać produkty, które ułatwią mi ten mozolny proces. Być może kiedyś, kiedy to wydawało mi się, że dwa przemycia buzi wacikiem nasączonym tonikiem wystarczą, demakijaż nie był tak niewygodny. Teraz, gdy wiem jak wiele zależy od odpowiedniego oczyszczenia, poświęcam temu procesowi nieco więcej uwagi i zaangażowania. Nie wystarczy użyć płynu micelarnego, zmywanie całodziennego makijażu muszę zakończyć myciem buzi. Używam do tego jak najbardziej delikatnych produktów, tym bardziej w okresie letnim kiedy buzia robi się coraz bardziej rumiana. Po tym jak poznałam genialne nawilżające serum oraz równie udany peeling do ciała marki Clochee, przyszedł czas na olejek do demakijażu. 
 


 
Skutecznie usuwa nawet wodoodporny makijaż i wszelkie zanieczyszczenia nie powodując podrażnień i przesuszenia skóry. Pielęgnuje cerę dostarczając jej niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych już na poziomie demakijażu. Dzięki obecności Oleju ze słodkich migdałów jest bogaty w witaminy A, B1, B2, B6, D i E oraz składniki mineralne. Nadaje się do każdego rodzaju skóry, ponieważ rozprowadzony nie daje efektu ciężkości i dobrze się wchłania. Polecany jest szczególnie osobom ze skórą suchą i podrażnioną.
Natomiast zawarty w nim Olej sezamowy, który jest bogaty w składniki mineralne i witaminę B6, poprawia elastyczność i jędrność skóry. Szybko się wchłania, odżywia suchą cerę oraz łagodzi zaczerwienienia. Przyciąga cząsteczki toksyn, wiąże je i usuwa z powierzchni skóry. Łatwo spłukuje się wodą. 
 


 
Mimo używania filtrów, z Grecji wróciłam z buzią zmęczoną słońcem. Czułam, że wymaga specjalnej troski pod każdym względem. Olejek sprawdził się wówczas w 100%! Przynosił ulgę ale jednocześnie dobrze oczyszczał. Ponieważ mam skórę z tendencją do przetłuszczania i okresowych niespodzianek, obawiałam się przeciążenia. Oleiste formuły zawsze niosą taką obawę. Nic bardziej mylnego. Olejek nie przysporzył mi żadnych kłopotów. W duecie z dobrym kremem pozwolił mi zachować zdrową opaleniznę i dobrą kondycję skóry twarzy. Grecka opalenizna nieco blednie, do dziś jednak używam  tego specyfiku marki Clochee. Mam do niej ogromny sentyment, ponieważ tworzą ją dwie fantastyczne dziewczyny, o których możecie przeczytać u mej ukochanej brzuchatej imienniczki Agaty
 
 
Miałyście okazję poznać Clochee? Macie ulubione kosmetyki tej marki? Już wkrótce przeczytacie na blogu o toniku z tej samej rodziny. Ja tymczasem czaję się na nowy odżywczy peeling o zapachu mango. Mniam!
Czytaj dalej »