środa, 14 stycznia 2015

Mały Wielki Kazimierz

Czas przerwać blogowe milczenie. Od pojawienia się na świecie mojego Chłopca mijają dziś dokładnie dwa tygodnie i jest to czas, kiedy powoli, w pełni rozluźniona i opanowana mogę usiąść przy laptopie z Inką i napisać kilka zdań o tym jak wyglądał nasz przełom roku, a jak się domyślacie był dość barwny i zaskakujący...
Druga ciąża dała mi przynależność do grona kobiet, które termin porodu, mimo, że wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadały mi, że urodzę wcześniej, zdecydowanie przegapiają, . Jest to pierwszy raz gdy pozwolę sobie doradzić - nie warto w tym temacie niczego zakładać i planować. 
Gdy Wigilia (dzień terminu) była już za rogiem, z całego serca chciałam usiąść do stołu,  zjeść karpia i nie komplikować tego dnia rodzinie. Udało się! Minęły dwa dni świąt, mijały kolejne...w tej sytuacji nastawiłam się na Sylwestra, kiedy to mój lekarz miał mieć dyżur. Gdy w trakcie wcześniejszych wizyt mi o tym wspominał, wspólnie robiliśmy sobie z tego żarty, nie sądząc by scenariusz ten był realny...a jednak! Do przedsylwestrowego poniedziałku nie zdarzyło się NIC, dlatego do domu, po wizycie jechałam już ze skierowaniem na wywołanie zaplanowane na dzień 31.12 i nakazem maksymalnego odpoczynku...odpocząć się już nie dało - na tym etapie nie spałam dobrze, nie wspominając o ilości hormonów jakie we mnie buzowały, na skutek czego byłam dość mocno wyrazista, żeby nie napisać agresywna (choć oficjalnie się do tego nie przyznaję :)).
31.12.2014 r. obudziłam się wczesnym świtem, dzień jak każdy inny, choć z wiadomych powodów byłam poddenerwowana. Nie wiadomo było ile potrwa wywoływanie a wizja wielogodzinnego bólu na skutek nieskutecznej indukcji nieco mnie paraliżowała. W trakcie domowej bieganiny i ostatniego pakowania pojawiły się skurcze...na początku chyba nie mogłam uwierzyć i biegałam z nimi dalej, nie zwracając uwagi na ich długość i intensywność...w aucie okazało się, że pojawiają się całkiem regularnie, bo co ok. 3/4 min. A to niespodzianka! Wciąż nie wierząc, że to się dzieje, myślałam, że lada chwila miną...przecież wielokrotnie KTG rejestrowało skurcze i wracałam z nimi do domu. Tym razem było inaczej!
Kilka minut po 7 byliśmy już w szpitalu. Prezentacja skierowania i zaczęły się wywiady. Każda kolejna Pani w sylwestrowym nastroju, dlatego jeszcze jakiś czas zapominałam o bólu. Dalej jak to w szpitalu - tona papierków, jeszcze większa tona opinii, że lekarz postąpił bez sensu, że po co ściągał mnie w Sylwestra, że mógł to przemyśleć, że to dopiero 41 + 1 dzień...na nic były moje wołania - halooo ale ja mam skurcze! Było mi wszystko jedno czy urodzę w roku 2014 czy 2015, nie miałam aspiracji by walczyć do godziny 24, co wręcz wybitnie a nawet obsesyjnie interesowało całą obsługę szpitala.
Szpitalna koszula, która kojarzy mi się z kaftanem z placówki o innym profilu, goły tyłek, maszyna KTG, dużo pytań i naprawdę silne skurcze - tak zleciał mi czas od momentu przyjazdu do wejścia na salę porodową, dokładnie tę na której przyszła na świat także Julia. Wszystko wróciło do mnie jak bumerang!
Na sali, nie będę oszukiwać, nie było przyjemnie. Znów zostałam podłączona a liczby na ekranie naściennej maszyny podwoiły się, co oznaczało ból x2. 
Nie będę opisywać niczego z anatomiczną dokładnością, pozbawię Was jednak złudzeń - sala porodowa nie współpracuje, nic na niej nie jest tak jak by się chciało. Chcesz siedzieć, każą chodzić, chcesz coś przeciwbólowego - boli za mało na lekkie fory. Tatuś wyczekujący maleństwa, ponoszący w dzień porodu specjalną opłatę, zwaną ładnie poród rodzinny chce cię głaskać, wachlować, miziać a ty nic nie czujesz! Ba, fukasz na niego a On siedzi taki biedny, nieprzydatny na fotelu, kiedy pokonujesz kolejne progi bólu. Jedyne z czego korzystasz to Jego Cherry Coke, którą przyniósł przy okazji wyjścia celem przedłużenia strefy. Tak, musicie mi wierzyć na słowo, choć sama się temu dziwię - w całym tym scenariuszu znalazło się miejsce na ten niezdrowy napój - gdy luby pobiegł po nowy bilecik a położna wyszła, wzięłam egoistycznego łyka, może nawet dwa.
Pomijam w tym miejscu pękający pęcherz, moje coraz bardziej wyraziste odgłosy, pomijam też fakt, że nie zdążyłam zaciągnąć się gazem przeciwbólowym ani skorzystać z innych łagodzących specyfików. Przy kolejnym wskoku na łóżko celem zbadania okazało się bowiem, że to JUŻ...15 minut i o 10:55 Kaziu przyszedł na świat z solidną wagą 4020 g i nie mniej solidną długością 57 cm. Przyszedł sam, dokładnie sam do tego dojrzał, w rezultacie bez żadnej ingerencji lekarzy, żadnego cewnikowania, baloników między nogami i innych okscytocyn. Tak miało być. Kolejne minuty mogliśmy nacieszyć się Nim i to był piękny czas, ale są to chwile tak intymne i trudne do opisania, że nawet nie spróbuję. 
Mimo, że tego 31.12 około godziny 10 wydawałam się sobie słaba i nie wystarczająco dzielna/pokorna/słuchająca, dziś wiem, że odwaliłam kawał dobrej roboty. Nie udało by mi się to gdyby nie fantastyczna położna na którą trafiłam i najbliższa osoba, która mimo wcześniejszych oporów  trzymała mnie tego dnia, w tym momencie, za rękę. Wtedy bolało i myślałam, że będę chciała o tym bólu zapomnieć, dziś myślę, że BYŁA MOC! Cały, absolutnie cały ten dzień i jego scenariusz wspominam z uśmiechem na twarzy i łzą w oku...

Mogłabym dodać co działo się po powrocie do domu - kilka słów o dwudniowym kacu ojca, moim delikatnym baby bluesie i ADHD Julki, na tym jednak zakończę swe wynurzenia :). Przyznam, że spisałam je trochę dla Was ale też trochę dla siebie...to takie moje podsumowanie po którym mogę iść dalej, w nieco zmodyfikowanej roli - mamy dwójki dzieci ale wciąż kobiety, o czym nie zapominam, traktuje ten blog :).

Jeśli nie miałyście okazji zrobić tego wcześniej, poznajcie Kazia...










16 komentarzy:

  1. świetnie to opisałaś kochana. :) też bym chciała kiedyś mieć taki szybki i nieskomplikowany poród:)
    gratuluję ślicznego synka i życzę dużo zdrówka dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze raz z całego serca gratuluję :) Nawet nie wiesz jak miło czytało mi się Twoje słowa... Kazik, trzymaj się dzielnie i rośnij zdrowy i silny! Buziaki dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale się spisaliście :-) Gratuluję raz jeszcze,
    Dużo zdrówka, spełniania kolejnych marzeń, aby 2015 był jeszcze lepszy od 2014!

    Kazik prześliczny.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Wciąż ta sama książka, ale nowy rozdział :) Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  5. Słodziak mały. Piękny opis, wydaje mi się, że szybko poszło. Martwi mnie tylko jedna rzecz, drugi poród też tak boli? hehe :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jaki słodziak, a Ty kochana taka dzielna:) Gratuluję:) Ja miałam cesarkę, którą kiepsko przeszłam i podziwiam kobiety, które rodzą siłami natury:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowny maluszek! Mnie czekaja jeszcze 8 w porywach do 10 tygodni. I chociaz wszystkie znaki na niebiemmowia mi, ze bedzie szybciej... no coz po Twojej opowiesci - nie nastawiam sie ;) pierwszy porob mialam indukowany. Zgadzam sie, ze te pierwsze chwile PO to cos cudownego. Bol? Jaki bol? Jestem wladczynia swiata, wlasnie wydalam na swiat dziecko! Zycze zdrowka!

    OdpowiedzUsuń
  8. Z całego serca gratuluję :-) Wspaniały synuś :-)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje, Kazik kawał przystojnego chłopaka, a podobny do Julki max:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rozczulają mnie te zdjęcia. Śliczny maluszek. Nie było łatwo, ale było warto :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Lubię czytać takie historie;) Wszystkiego dobrego dla Waszej 4;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Słodki.... rozmarzyłam się i .... zapragnęłam kolejny raz takiego maluszka :))
    Pomyślności dla Was.

    OdpowiedzUsuń