piątek, 27 stycznia 2017

A Ty, lubisz siebie codzienną?

Bardzo długi czas zajęło mi polubienie siebie codziennej. Może nie tyle w dresach z plamą od jogurtu i wyciągniętej bluzie ale tej naturalnej, niezobowiązującej. W sukience, jeansach, koszuli i zarzuconym swetrze. Kiedyś wciąż szukałam fajerwerków i czegoś extra. Odkąd pamiętam. W podstawówce/liceum bojówki a la Britney Spears w klipie Sometimes, kolczyk w pępku z mieniącym kamieniem, słoneczny baleyage i wciąż coś nowego na głowie bo przecież jeden utarty schemat - nuda. Kolanówy przed kolano do spódniczek różnej długości, kaszkiety Kangola - zimowe i letnie, gadżety na ręce jak frotki czy inne rękawiczki kabaretki - cała ja.  Pół swojego szkolnego życia układałam sobie zestawy ubrań na kolejny dzień - łącznie z biżuterią, butami i torebką. Nigdy dwa razy to samo! W życiu. Nie wspomnę o większych imprezach, uroczystościach czy świętach. To były stylizacje na miarę zaślubin - nigdy nie obejmowały tego co znajdowało się w szafie. Często też za sprawą większej okazji przechodziłam metamorfozę, a czemu by nie. Studniówka? No to wymarzony silver blonde na głowie raz! 


Dziś czuję się spokojna. Nie świruję. Wiem co lubię, potrafię założyć to dwa, ba - trzy razy i znów czuć się dobrze, wiedząc, że jestem sobą. Z perspektywy czasu wiem, że trochę się przebierałam, ale takie to uroki młodzieńczego okresu. Swoją drogą, etap ten dostarcza mi wielu zabawnych wspomnień i opowieści. Na niektóre zdjęcia może wolę nie patrzeć, ale co tam, grunt to dystans do siebie.  Lubię siebie, w stylu domowym, w umiarkowanym odroście, włosach w nieładzie. Z lekko pociągniętymi rzęsami, balsamem na ustach, z rumieńcem. To na pewno kwestia pewnego rodzaju dojrzałości. Pozwala ona zaakceptować pewne sprawy i przestać się ścigać, samemu ze sobą tak naprawdę. I nie, nie jest tak, że nie mam kompleksów - oczywiście, że jak każda kobieta je posiadam. Umiem jednak schować je pod kołdrę, wskoczyć na łóżko i zapozować córce ze szczerym uśmiechem na twarzy. 




Na koniec zacytuję bardzo mądrą myśl José Micard Teixeira, którą odświeżyła mi Tekstualna w niedawnym wpisie a która bardzo mocno wpisuje się w to co obecnie czuję:

"Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałem się arogancki, ale po prostu dlatego, że osiągnąłem taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wysoko stawianych poprzeczek każdej natury. Straciłem wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie.
Nie poświęcę już ani minuty tym, którzy lubią manipulować. Postanowiłem więcej nie współpracować z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej. Nie pasuje mi plotkowanie. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę w świat pełen różnorodności i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie potrafią innych chwalić lub choćby dawać słów zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość."

4 komentarze:

  1. Ja lubię siebie w starych ciuchach i bez makijażu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie ze wrocilas. Uwielbiam Ciebie czytac. Jestes nieoceniona skarbnica trafnych mysli. Tak trzymac I pisac.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uczę się :)

    ps. świetny cytat.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny wpis! Samoakceptacja jest bardzo ważna, szczególnie w czasach gdy naturalność nie jest w cenie. Wyglądasz pięknie na tych zdjęciach. Ja sama wciąż się uczę akceptacji i mam wrażenie że coraz lepiej mi to wychodzi :)

    OdpowiedzUsuń