czwartek, 2 marca 2017

Lutowe och i ach

Jako przerywnik od kosmetycznych nowinek, choć i tych w tym wpisie nie zabraknie, dziś wpis podsumowujący ostatni miesiąc. Luty w pigułce, takiej lifestylowej. Minął tak jak się spodziewałam bardzo szybko i choć pełen był miłych momentów, chyba cieszę się, że się skończył. Coraz bliżej wiosna a wzdycham do niej w tym roku wyjątkowo mocno!

KOSMETYKI:
Nieśmiało zauważyłam, że to rodzime produkty zawładnęły ostatnio moją kosmetyczką i moim sercem. Bardzo cieszę się, że Polska rozwija się w tej materii, producentów jest coraz więcej a kosmetyki made in Poland potrafią być naprawdę dobre i skuteczne. Ostatnio kilkakrotnie przeżyłam szok, gdy będąc na jakiejś stronie i przeglądając świetny, dopracowany asortyment w przepięknej szacie graficznej, okazywało się, że to produkcja polska. BRAWO! 


FILMY:
Ten kto mnie dobrze zna, doskonale wie, że uwielbiam filmy o parze. Już tłumaczę o co chodzi - otóż filmy o parze to nic innego jak dramaty poruszające głównie relacje międzyludzkie. Zaznaczyć tutaj muszę, że nie chodzi o klasyczne scenariusze, romanse i love story (choć Notebook uwielbiam! :)). Lubię dziwolągi zostawiające ślad, porzucające mnie w kącie z przemyśleniami. 
W lutym wyróżnić muszę Manchester by the Sea. To melodramat w którym reżyser uniknął według mnie całej tej melodramatycznej sztampy, idzie krok dalej niż pozwalają na to klasyczne dla tego gatunku schematy. 
Głównym bohaterem jest Lee Chandler (Casey Affleck), który po śmierci brata wraca do rodzinnego miasta, by zaopiekować się osieroconym bratankiem. Jest to jednak tylko część historii głównego bohatera. To bardzo dobrze wyważone, skupione i spokojne ale intensywne kino. 


Jeśli chodzi o seriale to oglądam głównie kryminały. Mroczne, brudne, prawdziwe. Luty to miesiąc w którym wrócił Homeland - chyba najbardziej amerykański z oglądanych przeze mnie seriali, do którego jednak a moim B. mamy ogromną słabość. Trzyma poziom i ogląda się go wciąż bardzo bardzo dobrze. Dla mnie to serial całkowicie kompletny, dotykający bardzo bieżących tematów/problemów na świecie.


Ostatnie dni lutego przyniosły też pierwszy odcinek kolejnego (trzeciego) sezonu Broadchurch. Kto nie widział, ten się wstydzi i nadrabia! A tak serio - to mój TOP 3. Kryminalny dramat w którym każda z postaci ma swoją własną, często skomplikowaną historię. Wszystko z ciekawym akcentem, z doskonałą grą aktorską (mimo braku znanej obsady) i niesamowitym, nostalgicznym i smutnym klimatem.


Filmowo-serialową wyliczankę zamknie wisienka na torcie, moje znalezisko i totalne oczko w głowie - Rectify. Po odbyciu dziewiętnastu lat wyroku w celi śmierci Daniel Holden na nowo układa swoje życie, kiedy wraz z ujawnieniem nowych dowodów DNA jego wina zostaje zakwestionowana. 
Brzmi dość banalnie, ale to dramat nad dramaty. Mimo uwielbienia do naprawdę wielu seriali, ten porusza obszary, których nawet nie musnął żaden inny. Niezwykle uwrażliwiający, przy czym zupełnie nienachalny, nienadęty.  Po naprawdę udanych 3 sezonach, długo zastanawiałam się co może wydarzyć się w 4 i czy czasem autorzy niepotrzebnie nie przeciągnęli serialu i tym samym nie zniszczą mojego ogólnego wrażenia. 4 jest powolna, idzie własnym rytmem, nie dzieje się nic a dzieje się wszystko. Wszystko po to by w finalnym odcinku wybuchnąć wachlarzem emocji. Przepłakałam go prawie całego, byłam totalnie smutna i bardzo szczęśliwa jednocześnie. Rzadko kiedy oglądam w serialach tak udane zakończenia...


DOM:
Jeśli chodzi o dom i kilka nowych gadżetów, które się w nim znalazły, zdecydowanie królowały i królują...kwiaty! Kwiaty, które w szary dzień dają nadzieję i przypominają o nadchodzącej wiośnie. Nawet jeśli za oknem deszcz, który w lutym uwielbiał odbijać się od naszych parapetów, świeże, pastelowe tulipany zawsze poprawiały mi humor. Do ulubieńców wnętrzarskich, pięknie pozujących do zdjęć mogę też zaliczyć biały kosz, który zakupiłam w Netto za zatrważąjącą kwotę 10 zł oraz brzózkowe podstawki, na miarę skrojone przez tatę. 


INSPIRACJE:
Tutaj mogłabym napisać najwięcej ale postaram się pokazać moją największą fascynację. Zabrzmi dziwnie, ale to wykorzystanie małych odcinków drucika w manicure, tzw. wire-mani. Nie każda ich wersja mi się podoba ale wiele manicure wykonanych z tym akcentem kradnie moje serce, w przeciwieństwie np. do paznokci sukulentów :).


Macie ochotę na więcej tego typu wpisów? Dajcie znać!

5 komentarzy:

  1. Zaciekawił mnie film "Manchester by the Sea". Chyba go poszukam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Manchester mam na liście praktycznie od momentu gdy się o nim dowiedziałam, czuję że to coś dla mnie. A widziałaś Arrival i Nocturnal Animals? (pozostając w klimatach oscraowych) moim zdaniem oba bardzo dobre, choć Arrival ciut lepszy.

    Brodachurch bardzo lubię jak z resztą pisałam na Insta, natomiast Homeland spalił się dla mnie gdzieś w okolicach 2 sezonu, choć pierwszy bardzo mi się podobał :)

    Z seriali u nas obecnie na tapecie Peaky Blinders, ostatnio skończyliśmy też drugi sezon Hannibala i powiem Ci, że ... tak przereklamowanego gniota dawno nie widziałam :o przerost formy nad treścią to mało powiedziane ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widziałam i Arrival i Nocturnal Animals choć na to drugie miałam ochotę...nadrobię! A co do Manchester, miałam podobnie jak Ty...wyszperałam go nieco za wcześnie, nigdzie go jeszcze nie było...myślałam, że to będzie raczej jakaś nisza a tu proszę...OSCARY! :)

      Rozumiem Cię do do Homeland, nam też było jakoś ciężej przy 2 ale przeskoczyliśmy to i dalej dobrze się bawimy przy tych wątkach...choć tak jak mówię, to taki najbardziej amerykański serial jaki oglądamy, ale dopracowania mu zabrać nie można...

      A co do Hannibala, jeryyy....dzięki wielkie za tę opinię! Jest ktoś jeszcze oprócz mnie kto nie jest zwolennikiem! Ściągnęłam go kiedyś i...rozczarowanie straszne przeżyłam przy 1 odcinku, totalnie nie moje klimaty!

      Usuń
  3. Paznokcie <3 No i serialne brzmią extra, zerknę sobie!

    OdpowiedzUsuń