wtorek, 31 stycznia 2017

Moja kosmetyczka - makijaż.

Dawno nie było tu takiego pełnoprawnego, zameldowanego obywatela posta. Oto więc i jest. Niech będzie, że z okazji zakończenia stycznia a także wielu ciepłych słów jakie otrzymałam od Was po ostatnim wpisie. Dziś pokażę Wam na jakich produktach opiera się moja kosmetyczka makijażowa. Nie są to jakieś wybitne nowości, ale kosmetyki, które z powodzeniem towarzyszą mi na co dzień i których faktycznie z przyjemnością (choć starałam się by na zdjęciach wyglądały świeżo :)) używam. Skłamałabym pisząc, że nie mam dodatkowej szuflady czy dwóch. Pewnie, że mam i lubię sobie w nich czasem poszperać szukając czegoś extra i urozmaicając codzienny makeup, ale dzisiejszy wpis to taka baza, topowa rzecz jasna. 












1. MAC Studio, Face and Body Foundation - mój ulubieniec zeszłego roku. Lekki ale wystarczający. Dający efekt ładnej, zdrowej buzi z przyjemnym glow a nie świeceniem. Pozwalający budować krycie. Jako jednego z nielicznych - nakładam go rękoma. Trzeba to  robić szybko, bo specyficznie zastyga. Można uznać, że to minusik, ja się przyzwyczaiłam i dzięki temu makeup idzie mi naprawdę sprawnie.

2. Eisenberg, Fond de Teint Correcteur Invisible - w pewnym sensie jest bardzo podobny do nr 1. Również jest bardzo lekki, nie tworzy efektu maski, a jednak znakomicie koryguje niedoskonałości i buzia wygląda zdrowo. Oba produktu - zarówno nr 1 jak 2 są według mnie bardzo wydajne. 

3. Too Faced,  Milk Chocolate Soleil - co się będę więcej rozpisywać - uwielbiam i koniec. Odcień, łatwość aplikacji, zapach, wydajność i efekt na buzi - wszystko na 6 z plusem. Nie mam się do czego przyczepić.

4. Smashbox,  L.A Lights Blush&Highligh Palette - od momentu, kiedy weszłam w jej posiadanie, ona stała się właścicielką mojego serca :). Kolory mogą wydawać się za mocne na co dzień, nic bardziej mylnego, idzie manipulować nimi tak, że nadają naturalny, zdrowy rumieniec. 

5. Too Faced, Matte Eye - to moja (a w zasadzie siostry) zdobycz z TK Maxx. Upolowana za czasów, kiedy marka nie była jeszcze dostępna w Sephorze, więc wydawało nam się, że zdobyłyśmy coś niesamowitego. Wygląda niepozornie, może nawet mało efektownie ale wiele jej kolorów używam co dziennego makijażu i bardzo ją lubię. 

6. Smashbox, X-rated Mascara - to moja druga maskara tej marki i kolejna, z którą bardzo się polubiłam. Rzęsy mam fatalne, szczerze. Dawno nie wydawały mi się tak krótkie i mizerne, jeśli więc jakiś produkt potrafi poradzić sobie z nimi na tyle, że coś tam obija mi się o powieki i mogę czuć się choć trochę kobieco to znaczy, że jest dobrze! 

7. Too Faced, Blushing Bronzer Ross&Rachel - to także łup TK-Maxxowy, taki mój bajerek o cudownie kojarzącej się nazwie i porywającej aparycji. Nie używam go do konturowania bo jest zbyt ciepły, jednak mam takie dni, kiedy lubię go wykorzystać do policzków, do ogólnego omiecenia twarzy, żeby miała przyjemniejszy koloryt.

8. Maybelline New York, Color Tattoo, Creme De Nude - ten produkt to raczej klasyk więc na nic moje cztery grosze na jego temat. Zwyczajnie podnoszę łapkę, że także z powodzeniem używam go w okolicach oczu zasłaniając zasinienie i wykorzystuję jako bazę pod cienie. 

9. NYX,  Sculpt&Highlight Brow Contour, Medium Beige - to mój spontaniczny zakup po otwarciu salonu NYX w Poznaniu. Brakowało mi akurat czegoś do wypełniania luk w brwiach. Pani poleciła mi ten produkt i nie żałuję. Składa się na niego miękka, łatwa w użyciu wysuwana kredka, która ładnie rysuje w przestrzeniach między-brwiowych i po skórze a także rozświetlacz pod łuk brwiowy. Fajna kombinacja. 

10. Clinique, Pretty Easy Liquid Eyeliner Pen - mało ostatnio kreskuję, ale jeśli tak to tylko z tym pisakiem. Szczerze mówiąc, produkt ten trochę wykolegował odpowiedniki w żelu. Według mnie jego precyzja i łatwość aplikacji biją na łopatki wszelkie inne produkty tego typu. Pięknie sunie po skórze, pozwala na narysowanie zarówno cieniutkiej kreseczki jak i grubszego, konkretnego dzieła. Jest bardzo trwały ale jednocześnie wieczorem łatwo się go zmywa. Dla mnie bomba! 

11. Smashobox, Be Legendary Lipstick, odcienie L.A Sunset i Publicist Matte - to są moje cuda na specjalne dni. Nie ukrywam, że tak konkretnych kolorów, w dodatku w macie używam na wyjątkowe okazje. Te dwa produkty pozwalają mi ekspresowo przenieść makijaż dzienny w strefę wieczorową lub strefę randka/urodziny/święta/ bez okazji mam ochotę na czerwień :). Piękne soczyste odcienie, w których czuję się wyjątkowo. Jak klasyczna baba - lubię mieć takie pozycje w kosmetyczce i niekoniecznie lubię tłumaczyć dlaczego (skoro tak rzadko używam :)). 




Czytaj dalej »

piątek, 27 stycznia 2017

A Ty, lubisz siebie codzienną?

Bardzo długi czas zajęło mi polubienie siebie codziennej. Może nie tyle w dresach z plamą od jogurtu i wyciągniętej bluzie ale tej naturalnej, niezobowiązującej. W sukience, jeansach, koszuli i zarzuconym swetrze. Kiedyś wciąż szukałam fajerwerków i czegoś extra. Odkąd pamiętam. W podstawówce/liceum bojówki a la Britney Spears w klipie Sometimes, kolczyk w pępku z mieniącym kamieniem, słoneczny baleyage i wciąż coś nowego na głowie bo przecież jeden utarty schemat - nuda. Kolanówy przed kolano do spódniczek różnej długości, kaszkiety Kangola - zimowe i letnie, gadżety na ręce jak frotki czy inne rękawiczki kabaretki - cała ja.  Pół swojego szkolnego życia układałam sobie zestawy ubrań na kolejny dzień - łącznie z biżuterią, butami i torebką. Nigdy dwa razy to samo! W życiu. Nie wspomnę o większych imprezach, uroczystościach czy świętach. To były stylizacje na miarę zaślubin - nigdy nie obejmowały tego co znajdowało się w szafie. Często też za sprawą większej okazji przechodziłam metamorfozę, a czemu by nie. Studniówka? No to wymarzony silver blonde na głowie raz! 


Dziś czuję się spokojna. Nie świruję. Wiem co lubię, potrafię założyć to dwa, ba - trzy razy i znów czuć się dobrze, wiedząc, że jestem sobą. Z perspektywy czasu wiem, że trochę się przebierałam, ale takie to uroki młodzieńczego okresu. Swoją drogą, etap ten dostarcza mi wielu zabawnych wspomnień i opowieści. Na niektóre zdjęcia może wolę nie patrzeć, ale co tam, grunt to dystans do siebie.  Lubię siebie, w stylu domowym, w umiarkowanym odroście, włosach w nieładzie. Z lekko pociągniętymi rzęsami, balsamem na ustach, z rumieńcem. To na pewno kwestia pewnego rodzaju dojrzałości. Pozwala ona zaakceptować pewne sprawy i przestać się ścigać, samemu ze sobą tak naprawdę. I nie, nie jest tak, że nie mam kompleksów - oczywiście, że jak każda kobieta je posiadam. Umiem jednak schować je pod kołdrę, wskoczyć na łóżko i zapozować córce ze szczerym uśmiechem na twarzy. 




Na koniec zacytuję bardzo mądrą myśl José Micard Teixeira, którą odświeżyła mi Tekstualna w niedawnym wpisie a która bardzo mocno wpisuje się w to co obecnie czuję:

"Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałem się arogancki, ale po prostu dlatego, że osiągnąłem taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wysoko stawianych poprzeczek każdej natury. Straciłem wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie.
Nie poświęcę już ani minuty tym, którzy lubią manipulować. Postanowiłem więcej nie współpracować z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej. Nie pasuje mi plotkowanie. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę w świat pełen różnorodności i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie potrafią innych chwalić lub choćby dawać słów zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość."
Czytaj dalej »