wtorek, 21 marca 2017

Alba 1913 - Healthy is beautiful!

Jeszcze jakiś czas temu całe swoje kosmetyczne zakupy robiłam w sieciowej drogerii. Szampony, odżywki, kosmetyki do twarzy i ciała i dla dzieci. Wszystko zmieniło się, kiedy zaczęłam być bardziej świadoma zawartości i składów kupowanych butelek. Nie jestem oczywiście żadnym specem, ale nie trudno dziś o wartościowe i uzmysławiające wiele rzeczy artykuły, blogi czy profile. Systematycznie, dosyć powoli przerzucałam się na bardziej świadome zakupy, głównie w sieci. Oczywiście, w dalszym ciągu zdarza mi się kupić pojedynczy produkt w niedalekiej drogerii, ale szczerze powiedziawszy nie lubię tego.  Dzięki tym zmianom moja kosmetyczka jest mniejsza, bardziej wartościowa i nie zalewają jej produkty przypadkowe, kupowane pod wpływem impulsu czy opakowania.
Na przeciw takim osobom jak ja wychodzą polskie marki, jest ich coraz więcej i produkują naprawdę dobre, naturalne kosmetyki o fantastycznych składach. Wpisów z takimi markami pojawiło się w ostatnim czasie wiele, wszystkie opisywane kosmetyki zachwalałam i bardzo Wam polecałam. Dziś nie będzie inaczej, choć nie jest to marka nowa a sięgająca historią 1913 roku! Uwierzycie? 


Mieczysław Rychlicki jako młody chemik po studiach w Berlinie w poznańskim laboratorium Stanisława Bukowieckiego buduje podstawy firmy farmaceutycznej, którą w latach 30. XX wieku odkupuje od rodziny nieżyjącego już założyciela. Nadaje firmie nazwę Alba i szybko doprowadza do jej rozkwitu w okresie międzywojennym. Mimo wojny i komunistycznego wywłaszczenia udaje mu się ocalić receptury leków i kosmetyków.




Niemniej ciekawa od historii jest filozofia marki. Zdrowie jest piękne to zdanie najlepiej opisujące Alba 1913. Dobra kondycja naturalnie wiąże się ze świetnym wyglądem i harmonią ducha. Jesteś zdrowy, więc jesteś piękny.
Chcemy poprawiać jakość życia poprzez doskonalenie jakości produktów. Ceniąc współzależność ciała i ducha, myślimy o organizmie jako całości, a o skórze - jak o organie. Robimy wszystko by kosmetyki Alby pozwalały utrzymać ciało i ducha w zdrowiu i poprzez to dawały poczucie piękna i równowagi. Dzięki naturalnym składnikom wysokiej jakości dbamy o ciało, a dzięki dodatkowym aromaterapeutycznym właściwościom olejków eterycznych dyskretnie i przyjemnie stymulujemy też ducha. Stosowanie Alby®1913 jest świadomą troską i przyjemnością, które wydobywają wewnętrzny blask.
Marka Alba 1913 znajduje się niemalże za rogiem a ja nie miałam o niej pojęcia. Wielka strata, dlatego dziś spieszę do Was z wpisem, bo być może nie zna jej także wiele z Was, a uwierzcie mi- warto zwrócić na nią uwagę! 
Miałam ogromną przyjemność wypróbować dwa produkty z nowej linii FACE (na którą skłąda się 7 kosmetyków) - Metropolitan Skin Guard Lotion i Metropolitan Skin Guard Concentrate

Miejski osłonowy koncentrat to beztłuszczowe serum nasycone aktywnymi substancjami nawilżającymi, ochronnymi i rozjaśniającymi. Powoduje miękkość, gładkość i promienność cery. Skoncentrowane na uodpornianiu skóry na czynniki bezpośredniego (smog, metale ciężkie, pyłki, suche powietrze) i pośredniego (stres oksydacyjny, starzenie się skóry) ryzyka funkcjonowania w miejskiej rzeczywistości. Stosuję 4-5 kropli na oczyszczoną, stonizowaną skórę, głównie wieczorem. Można mieszać go z kremem lub stosować przed. Rozprowadzam na twarzy, podbródku i szyi delikatnie przyciskam palcami tak, jakbym chciała wtłoczyć kosmetyk do głębokich warstw skóry. Można stosować MSG Concentrate zamiast kremu pod oczy, spisuje się w tej roli również bardzo dobrze! 

Miejski osłonowy lotion to po prostu lekki krem. Idealny rano, pod makijaż jak i wieczorem w duecie z koncentratem. Oba kosmetyki tworzą na twarzy taki wyczuwalny (ale nie przeszkadzający!) film, zbroję przed przed zanieczyszczeniami środowiska zewnętrznego i utratą wilgoci. Kompozycja naturalnych ekstraktów z korzenia rabarbaru, pietruszki i liści szczawiowych pomaga zmniejszyć widoczność drobnych zmarszczek, zaczerwienień i wyrównuje koloryt skóry. Oba produkty pachną przyjemnie, rześko i bardzo naturalnie. 
Kosmetyków można używać w dowolnym momencie dnia i dowolnej ilości, indywidualnie oceniając czego potrzebuje nasza skóra i na jak długie zabiegi możemy sobie w danej chwili pozwolić. Nie zawsze na przykład rano mamy czas na pielęgnację wielostopniową. Bardzo lubię fakt, że kosmetyki te mogę miksować ze sobą i używać w zależności czy moja skóra potrzebuje tylko bardzo mocnego nawilżenia i osłony czy także lekkiego natłuszczenia. Bardzo mocno zacieram ręce by uzupełnić pielęgnację pod szyldem Alba 1913 o Metropolitan Skin Guard Mist czyli mgiełkę do twarzy i dekoltu, Galenic Cleansing Micellar i pH Balancing Toner. Po spotkaniu z jedynie dwoma kosmetykami już darzę markę dużym zaufaniem, ogromnie cenię jej dziedzictwo ale też podejście do skóry i pielęgnacji. 
Historię marki, asortyment i wszelkie informacje na jej temat możecie znaleźć TU. Raz jeszcze bardzo Was zachęcam do poznania tych kosmetyków. Dajcie koniecznie znać czy znacie Alba 1913 czy tak jak ja niedawno, stykacie się z nią po raz pierwszy?
Czytaj dalej »

środa, 15 marca 2017

IOSSI Tonik i Mgiełka Róża Damasceńska

Jakiś czas temu pisałam o bardzo podobnym kosmetyku (również różanym), jednak kiedy dostałam od Was sygnały, że ma nieciekawy skład, zdecydowałam się na wypróbowanie w 100% naturalnego produktu. To był idealny moment by w końcu poznać bliżej markę IOSSI


Róża Demasceńska to w 100% naturalny tonik o przepięknym zapachu wiadomo jakiego kwiatu. Przywraca naturalne ph skóry, odświeża i skutecznie zmywa makijaż. Wzmacnia naczynia krwionośne pozostawiając skórę miękką, gładką i nawilżoną. Działa antyseptycznie, koi i łagodzi podrażnienia wrażliwej skóry. Poprawia koloryt i niweluje zmarszczki. Przygotowuje skórę do nałożenia olejku lub kremu.


Długo nie byłam przekonana do różanych produktów, szczerze mówiąc nie przepadałam za tym zapachem. Jeśli natomiast chodzi i działanie to róża ma naprawdę fantastyczne właściwości i chyba nie ma rodzaju skóry, której nie służy. Ten zamknięty w szklanym opakowaniu tonik z dyfuzorem to tego idealny przykład. I jak na różę pachnie naprawdę przyjemnie, bo prawdziwie a nie chemicznie.  Używam go wieczorami po demakijażu i myciu twarzy, szczególnie wtedy, kiedy skóra jest z jakiś powodów podrażniona i czuję, że potrzebuje więcej niż zazwyczaj. Koi, nawilża, poprawia kolor skóry, bardzo dobrze przygotowuje skórę przed nałożeniem kremu/serum. Jest jednym z moich trzech faworytów, których teraz używam (oprócz niego jest to tonik z łagodnymi kwasami owocowymi od RAU Cosmetics i Tonik z nanozłotem od KOI - o obu już pisałam). 


Znacie markę IOSSI i tonik/mgiełkę z dzisiejszego posta?


Czytaj dalej »

wtorek, 14 marca 2017

Moje dwa kultowe produkty od Ministerstwa Dobrego Mydła.

Jestem już po kilku zamówieniach z Ministerstwa Dobrego Mydła i tak jak zawsze byłam zadowolona z zamówionych kosmetyków tak teraz doczekałam się amby, amby totalnej! Całe szczęście pocieszyły mnie moje serdeczne koleżanki blogerki, zdradzając, że i one na punkcie przedstawianych dziś słoiczków oszalały. Jedna z nich stwierdziła,  że peeling musi być w domu, musi i już, niemalże jak apteczka. Dostałam też wiele porad by zanurzyć w śliwce palucha i zjeść! Nie zanurzyłam, nie zjadłam, ale też zachorowałam!
Koniec żartów, dziś wpis o dwóch genialnych produktach, które pojawią się w Waszych domach niepostrzeżenie i uzależnią od siebie jak narkotyk. 



Odżywczy peeling cukrowy w szklanym słoju - ŚLIWKA to jest mistrzostwo świata. Dziewczyny z MDM piszą o nim tak: Pysznie pachnący odżywczy olejowy scrub na bazie cukru trzcinowego. Uniwersalny poprawiacz nastroju i repelent na smutki. Grubas ale łagodny, wymasuje porządnie, ale skóry nie zedrze ;) Zdecydowanie z kobiałki "all in one", ciało po kąpieli nie wymaga już kremowania ani żadnych innych zabiegów (no, chyba, że głaskania i przytulania bo przytulania nigdy dość).

Drobinki cukru pobudzają krążenie podczas masażu i złuszczają martwy naskórek pozostawiając skórę odświeżoną i sprężystą, gotową na przyjęcie olejów. Aromatyczny olej z pestek śliwki głęboko nawilża i regeneruje, olej ze słodkich migdałów wygładza, olej wyciśnięty z pestek winogron zmiękcza a olej z awokado zabezpiecza skórę przed utratą wody. Masło shea i kakaowe dodatkowo natłuszczają naskórek, wosk pszczeli ochrania go przed czynnikami zewnętrznymi. Skwalan z oliwek odbudowuje płaszcz lipidowy dbając o skórę suchą i wrażliwą. Jadalny, atestowany aromat śliwkowy zamienia kąpiel w relaksujący rytuał.




Nie będę próbowała napisać o nim inaczej, bo któż inny jak same twórczynie mógłby go lepiej zdefiniować? Potwierdzę, że jest to najpiękniej i najbardziej apetycznie pachnący peeling jeśli nie kosmetyk z jakim miałam do czynienia. Budzi ogrom tak przemiłych skojarzeń, że już sama woń działa na mnie dobrze. Jest niesamowicie skuteczny, choć nie zdziera skóry do czerwoności. Pozostawia lekko tłustą powłokę na skórze, na której kropelki osadzają się w charakterystyczny sposób, nie jest jednak mało apetycznym tłuściochem z którym męczymy się po kąpieli. Jest pod tym kątem idealnie wyważony. Używanie po nim jakiekolwiek balsamu czy mazidłą to byłaby czysta fanaberia jeśli nie szczyt marnotrawstwa! W życiu nie poświęciłabym tego pozostawionego na ciele zapachu na rzecz innej woni! Chyba, że MDM stworzy masło/mus śliwkowy, to mogę pomyśleć :).  Jeśli wydaje Wam się, że peeling pachnie klasyczną, może nieco chemiczną śliwką to spieszę z wyjaśnieniem - absolutnie nie! Zapach jest mało oczywisty, unikatowy, to takie śliwkowe ciasto z kruszonką, do jedzenia! 


Drugim produktem, moim zdaniem klasykiem marki MDM jest Mus Naturalny z olejem szafranowym i brzoskwiniowym. 




Super odżywczy organiczny mus do ciała po brzegi wypakowany naturalnymi antyoksydantami, składnikami nawilżającymi i regenerującymi a także zbawienną dla skóry witaminą E. Przyjemna, piankowa konsystencja przygotowana z nierafinowanych olejów i maseł połączona z pikantnym, nieco orientalnym zapachem specjalnie przygotowanej mieszanki olejków eterycznych łatwo się wchłania i głęboko regeneruje zniszczony naskórek. Wyciąg z nagietka lekarskiego koi i przyspiesza proces gojenia podrażnień.  Ciepły, rozgrzewający aromat naturalnych olejków odpręża i łagodzi stres. Mus idealnie sprawdza się w pielęgnacji całego ciała. Należy nakładać go na wilgotną skórę, delikatnie wmasowując kolistymi ruchami. Polecany do skóry zniszczonej, suchej i dojrzałej.



Super odżywczy to idealne określenie. Świetnie nadaje się do miejsc na ciele wymagających szczególnej troski - przesuszone dłonie, łokcie, wszelakie podrażnienia skóry. Dla mnie to taki kosmetyk-lek. Produkt niesamowicie uniwersalny.  Jeśli nie lubicie ziołowych zapachów, może nie przypaść Wam do gustu. Ja jestem już po drugiej stronie barykady i po stokroć wolę dobry produkt o specyficznym aromacie niż pięknie pachnący balsam, który nie zrobi nic. Mus w pierwszym kontakcie daje się poznać głównie z tej ziołowej strony, gdy nieco zadomowi się na skórze pojawiają się nuty brzoskwiniowe. Kosmetyk kupujemy w dosyć niewielkim słoiczku i może wydawać się go za mało jak na potrzeby całego ciała, jest jednak niesamowicie wydajny. Już niewielka ilość bardzo mocno odżywia i wygładza skórę. Nazwa mus może być więc myląca, to produkt o lekkiej konsystencji ale dużej gęstości i zawartości składników odżywczych. Uwielbiam nie mniej niż peeling! 


Znacie przedstawiane dzisiaj produkty MDM? Jakie inne pozycje tej marki są według Was kultowe? Dajcie koniecznie znać! 


Czytaj dalej »

środa, 8 marca 2017

Kochane Kobiety...

...czytelniczki me - pewnie, że skorzystam z okazji by napisać Wam słów garść i załączyć do nich kilka pocztówek. Życzę sobie i Wam dużo dystansu, wielkiego poczucia humoru, abyśmy nie gorzkniały, bo gorzka to fajna jest ale czekolada. Dużo siły każdego dnia i umiejętności czerpania frajdy z rzeczy pozornie małych a tak naprawdę wielkich. Zdrowia, miłości i jeszcze raz miłości.  Spędźcie ten dzień jak tylko chcecie, niech będzie słodko, kobieco, leniwie, z kwiatami czy bez, winem albo herbatą, w dresie albo czerwonej koronkowej sukience, obojętnie! Wspierajmy się, szanujmy, doceniajmy, inspirujmy i nie oceniajmy zbyt pochopnie. Ten babski świat jest już na tyle specyficzny i inny od męskiego, że my - mieszkanki powinnyśmy stanowić team a nie tworzyć grupy kiboli przeciwległych drużyn. Taki mam apel z przymrożeniem oka na ten dzień dla Kobiet. Jeśli chodzi o świat męski...Mężczyzno Mój, ponieważ jesteś moim najwierniejszym fanem, chciałabym właśnie dziś, w dniu święta mojej kobiecości nieśmiało podziękować Tobie...za cierpliwość najbardziej <3. 






Czytaj dalej »

wtorek, 7 marca 2017

Dzień kobiet, dzień kobiet...i moja tegoroczna wishlista.

W tym roku skromnie, żadnych prezentów od siebie dla siebie, ale pomarzyć zawsze można...więc zamykam oczy, zaciskam je mocno i marzę, a nóż coś się zmaterializuje :).



1. Wymarzona, wyśniona Grafea...Choruję na nią do tego stopnia, że powiedziałam sobie, że dopóki Jej nie kupię, nie inwestuję w żadne półśrodki! Odpadają wszystkie brzydalskie torby w cenie 1/5 tej ze zdjęcia. Może to wstyd, ale w związku z buntem noszę swojego ukochanego (choć staruszka już) Nikona w zwyklaku z marketu za kilkadziesiąt zł (serio to chyba 19 zł albo 29zł.). Zbieram i koniec. Chyba, że jakiś producent zaskoczy mnie piękną skórzaną torbą na aparat, którą chciałabym nosić i bez aparatu, póki co Grafea jest naj <3.

2. Na metalową ramkę na łańcuszku też nie choruję krótko. Nie jest to drogi zakup, ale jakoś mi nie po drodze. Dlatego marzę wciąż i wizualizuję do co do niej włożę...ta pochodzi z H&M

3. Piwonie, kwiaty ze snów. Cudowne puchate kuleczki. Pożądam ich w każdej wersji kolorystycznej. Niestety bardzo rzadko mam je w swoich rękach i wazonie, zbyt rzadko...

4. Kubkomaniactwa chyba nie idzie wyleczyć. Ja jakiś czas byłam wstrzemięźliwa ze względu na kilka kartonów tzw. skorup w piwnicy...na wiosnę robię się jednak głodna nowego kawowego kubka, oby tylko jednego! Ten z foto (klik) zauroczył mnie prostym, fajnym przekazem, kolorystyką no i jest emaliowany a na takie choruję ostatnio najbardziej.

5. Zegarka nie kupowałam sto lat. Wszystko dlatego, że właśnie te sto lat temu dostałam całkowicie wymarzony i bardzo uniwersalny egzemplarz. Zrobiło mi się z nim ostatnio duże kuku, muszę znaleźć zastępczy pasek lub jakimś cudem załatać poprzedni. Mam też zegarek prezent, którego otrzymałam z okazji 5-lecia pracy, niestety pochodzi z miejsca w którym już nie pracuję :). Mam więc złe skojarzenia a i sam zegarek mało uniwersalny. To sobie po cichu choruję na nowy. Trochę czuję przesyt osławionym DW, dlatego zwróciłam uwagę na polską markę MIUGO, która nie przytłacza cenami a wzory...niczym nie ustępują zagranicznym kolegom. Moim top jest wersja błękitna ze srebrną kopertą i białą tarczą...

6. Od ponad roku kolekcjonuję PANDORĘ (dokładnie charmsy). Jedni ją kochają, inni nie rozumieją fenomenu. Ja należę do tej pierwszej grupy. Po pierwsze zminimalizowałam ilość biżuterii w swojej toaletce, stawiając raczej na jakość. Po drugie - to miła pamiątka nie tylko dla właścicielki bransoletki, ale całej rodziny. Wiele razy wspominałam z najbliższymi co kiedy dostałam i jakie były tego okoliczności. Każdy charms to konkretny dzień, masa wspomnień no i piękny wizual na bransoletce. Od pewnego czasu choruję też na pierścionki...od takiej choroby jeszcze nikt nie umarł :). Wciąż próbuję namówić mojego B na wznowienie zaręczyn, póki co nie dał się jednak złamać...

7. Szklana gablotka to kolejny H&Mowy gadżet. Idealny do przechowywania np. Pandory :) i jak pasowałby do ramki...

8. Mleko i miód to książka na której pochlebne recenzje natrafiłam w ostatnim czasie tak wiele razy, że nie wiem jak nieczuła na lektury musiałabym być, by nie zapragnąć jej mieć...

"Mleko i miód" to opowieści o miłości i kobiecości, ale też przemocy i stracie. W krótkiej, poetyckiej formie skrystalizowały się pełne cielesności emocje. Każdy z rozdziałów dotyka innych doświadczeń, łagodzi inny ból. Rupi Kaur szczerze i bezkompromisowo ukazuje kobiecość we wszystkich jej odcieniach, cudowną zdolność kobiecego ciała i umysłu do otwierania się na miłość i rozkosz mimo doznanych krzywd.

Czy jest na sali jakaś Pani, która nie czuje się zaciekawiona? 

Jak jest u Was drogie Kobiety? Czego pragniecie cicho i skrycie? 

Udanego dnia dla Was! Dbajcie o siebie i pamiętajcie o swoich potrzebach! <3





Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 marca 2017

KOI Cosmetics - polska marka kosmetyków z wielką miłością do natury

Tydzień rozpoczyna polska marka kosmetyków KOI. To rodzinna marka kosmetyczna, założona w 2016 roku przez matkę i córkę – Renatę i Martynę Kozłowskie. Założycielki za cel postawiły sobie stworzenie serii ekologicznych produktów, które zapewnią skuteczną pielęgnację skóry.
Marka dopracowana jest w każdym calu, KOI to czasownik, który opisuje działanie wszystkich produktów. We wschodnich językach KOI oznacza miłość, która jak piszą na stronie właścicielki, jest dodatkowym składnikiem kremów. Wszystkie produkty, zaczynając od toniku, po olejek czy krem, są bogate w naturalne składniki, takie jak olej z pestek malin, nanozłoto, masło shea, kwas ferulowy czy hialuronową. Kremy, w zależności od składników można dopasować do wieku i różnych potrzeb skóry. Każdy z nich ma maksymalne możliwe stężenie składników aktywnych, które gwarantują skuteczność działania. Dodatkowo kosmetyki KOI opakowane są tak jak lubię,  w szklane biodegradowalne, apteczne słoiczki a właścicielki testują zawartość na sobie i dopracowują dotąd, aż uznają ją za idealną. 



Według założycielek marki, podstawą pielęgnacji, bez względu na rodzaj cery czy wiek, powinno być odpowiednie nawilżenie. Szybkie tempo życia, klimatyzowane i ogrzewane pomieszczenia - wysuszają skórę a kosmetyki KOI mają temu przeciwdziałać. 

Seria kosmetyków przygotowana jest tak, że można używać pojedynczych produktów lub całego rytuału pielęgnacyjnego, który trwa 6 minut i składa się z sześciu kroków:
1) mycie twarzy, najpierw olejkiem myjącym, który usuwa makijaż, zanieczyszczenia i martwy naskórek, następnie chłodną wodą, która zamyka pory
2) tonik dla wyrównania pH
3) eliksir - koncentrat do wprowadzania substancji hydrofilnych pod skórę; kosmetyki takie jak serum czy eliksir nie zastępują kremu ale bardzo wzmacniają jego działanie
4) krem pod oczy – niezbędny element pielęgnacji. Bardzo cienka, nie zawierająca tłuszczu skóra pod oczami starzeje się najszybciej, żeby zachować jej zdrowy wygląd należy używać kremów z silnymi składnikami nawilżającymi. Krem w tym miejscu oczywiście wklepujemy a nie wcieramy.
5) krem nawilżający – dobrany zgodnie z potrzebą skóry i wiekiem.
6) olej – dla skóry przesuszonej, szczególnie w okresie jesienno-zimowym



Które produkty są moimi faworytami?

Bardzo ciężko wybrać mi faworytów, ponieważ z wyjątkiem olejku nakładanego w ostatnim kroku pielęgnacji z powodzeniem używałam wszystkich kosmetyków. Na szczególną uwagę moim zdaniem zasługuje tonik, eliksir i krem ultranawilżający, tak - to moje top 3. Ze skórą wokół oczu nie mam jeszcze zbyt dużych problemów, być może dlatego nie doceniam jeszcze tak bardzo kremów przeznaczonych do pielęgnacji tego obszaru. 
Tonik z nanozłotem i kwasem mlekowym to produkt niezwykle delikatny ale skuteczny. Przywraca naturalne pH, oczyszcza, działa antybakteryjnie, łagodzi podrażnienie i odczuwalnie nawilża. Używam go po umyciu twarzy, czekam aż tonik się wchłonie i przechodzę do dalszej pielęgnacji. Eliksir to jak mówi szyld na stronie esencja do zadań specjalnych. Zgadzam się, to faktycznie nawilżająca bomba. Jeśli jesteście chodzącymi sucharkami - ten produkt natychmiast przywraca skórze wilgotność. Jest ona nawilżona ale też ładnie napięta i ujędrniona. To uczucie naprawdę bardzo ciężko opisać. Ostatni produkt hit to krem ultranawilżający. Kwas hialuronowy w maksymalnym stężeniu idealnie dopełnia opisane wcześniej pielęgnacyjne kroki i zostawia nas z naprawdę z naprawdę gładką i elastyczną buzią. Używam na dzień, na noc, w obu scenariuszach sprawdza się bardzo dobrze, szybko wchłania, nie pozostawia uciążliwej warstwy, z powodzeniem więc można nakładać go pod makijaż. 


Za co więc polubiłam markę KOI najbardziej?

Za skuteczność, bardzo przyjemne konsystencje, jabłkowy zapach i naturalne składniki, które działają! Bardzo cieszę się, że powstaje coraz więcej polskich marek, które jednocześnie cenią naturalność ale też skuteczność, nie ubierając przy tym produktów w metki z nieosiągalnymi cenami. 

Jako ciekawostkę, mogę zdradzić Wam, że KOI będzie jedna z dwóch polskich marek, która swoje kosmetyki zaprezentuje na największych kosmetycznych targach na Bliskim Wschodzie: Beautyworld Middel East, które odbędą sie w maju, w Dubaju. 


Czytaj dalej »

piątek, 3 marca 2017

Konkurs! Do wygrania wybrane przez Ciebie kosmetyki marki RAU Cosmetics!

Mam dla Was coś z okazji Dnia Kobiet! Możecie mówić, że nie lubicie święta goździków i pończoch, ale dzisiejszą niespodziankę polubicie, gwarantuję! 


Zapraszam do udziału w konkursie, w którym do wygrania są wybrane przez siebie kosmetyki marki RAU Cosmetics:

Nagroda nr 1: zestaw dwóch wybranych przez siebie kosmetyków marki RAU Cosmetics
Nagroda nr 2: jeden wybrany przez siebie kosmetyk marki RAU Cosmetics

o kosmetykach można poczytać na stronie: http://www.rau-cosmetics.pl


RAU Cosmetics to marka, która powstała w końcu 2009 roku. Są to wysokiej jakości kosmetyki, które nie zawierają olejów mineralnych i parabenów, w dużej mierze są pozbawione olejów silikonowych, PEG’ów i barwników. Zawierają za to wysokiej jakości składniki imponując przy tym ceną.

1.Konkurs trwa od 03.03.2017 r. do 07.03.2017 r. do godziny 23:59
2.Wyniki pojawią się 08.03.2017 r. jako aktualizacja tego wpisu. 
3.Warunkiem udziału w Konkursie jest bycie obserwatorem bloga lub profilu na Facebooku/Instagramie i odpowiedź na pytanie:

Z czym najbardziej zmagasz się w walce o skórę doskonałą? Jakie są największe problemy Twojej cery?

4.Odpowiedzi zostawiajcie w komentarzu do tego posta. 
5.W razie jakichkolwiek wątpliwości zachęcam do zapoznania się z regulaminem konkursu

Będzie mi bardzo miło jeśli zachcecie wziąć udział w zabawie i odpowiecie na pytanie konkursowe!

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

EDIT: Kochane moje, z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze i Wasze często uciążliwe historie skórzane. Zabrzmi to tandetnie ale gdyby mogła, nagrodziłabym Was wszystkie, koszami kosmetyków na problemy opisane w odpowiedziach. Niestety nie mam takiej mocy, ale obiecuję dzielić się często! Dlatego zaglądajcie regularnie!
Nagrodę nr 1 przyznaję: Alicji Lisieckiej, dla której makijaż przez problemy skórne to teraz przykry obowiązek, nagrodę nr 2 Oldze, która w walce o skórę doskonałą zmaga się z...własną skórą :). 

Dziewczyny, serdecznie gratuluję i poproszę Was o adresy z nr telefonu na maila!
 
Czytaj dalej »

czwartek, 2 marca 2017

Lutowe och i ach

Jako przerywnik od kosmetycznych nowinek, choć i tych w tym wpisie nie zabraknie, dziś wpis podsumowujący ostatni miesiąc. Luty w pigułce, takiej lifestylowej. Minął tak jak się spodziewałam bardzo szybko i choć pełen był miłych momentów, chyba cieszę się, że się skończył. Coraz bliżej wiosna a wzdycham do niej w tym roku wyjątkowo mocno!

KOSMETYKI:
Nieśmiało zauważyłam, że to rodzime produkty zawładnęły ostatnio moją kosmetyczką i moim sercem. Bardzo cieszę się, że Polska rozwija się w tej materii, producentów jest coraz więcej a kosmetyki made in Poland potrafią być naprawdę dobre i skuteczne. Ostatnio kilkakrotnie przeżyłam szok, gdy będąc na jakiejś stronie i przeglądając świetny, dopracowany asortyment w przepięknej szacie graficznej, okazywało się, że to produkcja polska. BRAWO! 


FILMY:
Ten kto mnie dobrze zna, doskonale wie, że uwielbiam filmy o parze. Już tłumaczę o co chodzi - otóż filmy o parze to nic innego jak dramaty poruszające głównie relacje międzyludzkie. Zaznaczyć tutaj muszę, że nie chodzi o klasyczne scenariusze, romanse i love story (choć Notebook uwielbiam! :)). Lubię dziwolągi zostawiające ślad, porzucające mnie w kącie z przemyśleniami. 
W lutym wyróżnić muszę Manchester by the Sea. To melodramat w którym reżyser uniknął według mnie całej tej melodramatycznej sztampy, idzie krok dalej niż pozwalają na to klasyczne dla tego gatunku schematy. 
Głównym bohaterem jest Lee Chandler (Casey Affleck), który po śmierci brata wraca do rodzinnego miasta, by zaopiekować się osieroconym bratankiem. Jest to jednak tylko część historii głównego bohatera. To bardzo dobrze wyważone, skupione i spokojne ale intensywne kino. 


Jeśli chodzi o seriale to oglądam głównie kryminały. Mroczne, brudne, prawdziwe. Luty to miesiąc w którym wrócił Homeland - chyba najbardziej amerykański z oglądanych przeze mnie seriali, do którego jednak a moim B. mamy ogromną słabość. Trzyma poziom i ogląda się go wciąż bardzo bardzo dobrze. Dla mnie to serial całkowicie kompletny, dotykający bardzo bieżących tematów/problemów na świecie.


Ostatnie dni lutego przyniosły też pierwszy odcinek kolejnego (trzeciego) sezonu Broadchurch. Kto nie widział, ten się wstydzi i nadrabia! A tak serio - to mój TOP 3. Kryminalny dramat w którym każda z postaci ma swoją własną, często skomplikowaną historię. Wszystko z ciekawym akcentem, z doskonałą grą aktorską (mimo braku znanej obsady) i niesamowitym, nostalgicznym i smutnym klimatem.


Filmowo-serialową wyliczankę zamknie wisienka na torcie, moje znalezisko i totalne oczko w głowie - Rectify. Po odbyciu dziewiętnastu lat wyroku w celi śmierci Daniel Holden na nowo układa swoje życie, kiedy wraz z ujawnieniem nowych dowodów DNA jego wina zostaje zakwestionowana. 
Brzmi dość banalnie, ale to dramat nad dramaty. Mimo uwielbienia do naprawdę wielu seriali, ten porusza obszary, których nawet nie musnął żaden inny. Niezwykle uwrażliwiający, przy czym zupełnie nienachalny, nienadęty.  Po naprawdę udanych 3 sezonach, długo zastanawiałam się co może wydarzyć się w 4 i czy czasem autorzy niepotrzebnie nie przeciągnęli serialu i tym samym nie zniszczą mojego ogólnego wrażenia. 4 jest powolna, idzie własnym rytmem, nie dzieje się nic a dzieje się wszystko. Wszystko po to by w finalnym odcinku wybuchnąć wachlarzem emocji. Przepłakałam go prawie całego, byłam totalnie smutna i bardzo szczęśliwa jednocześnie. Rzadko kiedy oglądam w serialach tak udane zakończenia...


DOM:
Jeśli chodzi o dom i kilka nowych gadżetów, które się w nim znalazły, zdecydowanie królowały i królują...kwiaty! Kwiaty, które w szary dzień dają nadzieję i przypominają o nadchodzącej wiośnie. Nawet jeśli za oknem deszcz, który w lutym uwielbiał odbijać się od naszych parapetów, świeże, pastelowe tulipany zawsze poprawiały mi humor. Do ulubieńców wnętrzarskich, pięknie pozujących do zdjęć mogę też zaliczyć biały kosz, który zakupiłam w Netto za zatrważąjącą kwotę 10 zł oraz brzózkowe podstawki, na miarę skrojone przez tatę. 


INSPIRACJE:
Tutaj mogłabym napisać najwięcej ale postaram się pokazać moją największą fascynację. Zabrzmi dziwnie, ale to wykorzystanie małych odcinków drucika w manicure, tzw. wire-mani. Nie każda ich wersja mi się podoba ale wiele manicure wykonanych z tym akcentem kradnie moje serce, w przeciwieństwie np. do paznokci sukulentów :).


Macie ochotę na więcej tego typu wpisów? Dajcie znać!
Czytaj dalej »